Lista rzeczy (odcinek 1)

któregoś dnia się ogarnę.

schudnę te wymagane 15 kilogramów i zacznę chodzić w szortach, które ledwo zasłaniać mi będą wargi sromowe,
ponaciągam sobie kąciki ust – uformuje z nich uśmiech, by nie wyglądać ponuro i zbyt poważnie na swój wiek,
stanę się poliglotą w rozmowach o niczym,
wszczepie sobie różowe soczewki,
odrzucę alkohol i wszelkie używki – tylko energia słoneczna, aktiwiti i zielone koktajle z mleczy,
cynizm, sarkazm, ironia będą odtąd dla mnie nazwami egzotycznych przypraw,
a wrażliwość przehandluje za nowe kosmetyki.

Opublikowano Bez kategorii | 3 komentarzy

Sentymenty

Wyglądam za okno. Nie za mocno. Znowu usnęłam w pełnym makijażu i przypominam pandę. Przed miejscem, w którym mieszkam stoi kilka samochodów. Rok akademicki właśnie się skończył. Ludzie wracają do domów. Dzięki sile woli nie zbiegam na dół, nie wyrywam boguduchawinnym ludziom walizek z rąk i nie krzyczę: „Proszę, zostańcie… Niech ten etap jeszcze się nie kończy!”.

dziś mogę być sentymentalna.

W łazience z perfidią ośmiolatka wrzucam zużyte patyczki do uszu do kibla. Wychodzę, przy zalewaniu kawy robi mi się głupio. Zawsze ją denerwowało, gdy zobaczyła jakiś plastik w sedesie. Potrafiła mi nawet wysłać sms-a z pytaniem, czy nie żal mi wielorybów, które od niego zginą. Nie wiem jak łączyła to przyczyno-skutkowym ciągiem, co nie zmienia faktu, że zaczynam nucić w duchu żałobne requiem. Wracam. Wyławiam. Tłumaczę sobie: „To pozytywny nawyk. Warto utrzymać”.

Z drugą się nie pożegnałam. Chciałam, ale łomotanie w drzwi o 7 rano nastraja mnie raczej negatywnie. „Podpiszesz mi?” Czytam. „blablablabla…zobowiązuje się do utrzymania czystości…blablaba…biorę odpowiedzialność za łazienkę…blablabla…do czasu wprowadzenia się nowych…blablabla”. Podpisuję, dopiero teraz zauważam jakie ładne miała pismo.

Sesję zaliczyłam.

Prochy, proszki, proszeczki…rzuciłam w pizdu, w cholerę. Czekam ze spokojem na zespół odstawienny.

Zrobiłam wszystko, co mogłam. Uzyskałam wszystko, co chciałam.

Oddycham, patrzę na kłębiaste chmury za oknem. Zanosi się na deszcz. Będę czytać, pić kawę, zanurzać się w ciszy. Spróbuje być szczęśliwa…na miarę moich możliwości.

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

O tym, co małe dziewczynki trzymają pod bluzką i dlaczego Jezus jest dobry na dietę

Ostatnia wizyta w Biedronce natchnęła mnie pomysłem na notkę, gdy sprzedawczyni zaproponowała mi zakup palemki wielkanocnej: „Dziś Niedziela Palmowa to się pani przyda. Co? Zapomniała pani? Co robić… Widocznie nie te czasy już”.

Muszę przyznać, że jako bardzo młoda dziewczyna byłam, aż zanadto religijna. W okresie podstawówki nie przegapiłam ani jednej niedzielnej mszy. Chciałam uczęszczać do chóru.
Kościół mi zwyczajnie imponował – swoją monumentalnością, muzyką organową, natchnionymi kazaniami księży, które układały świat w twór o prostej, wygładzonej strukturze, bez miejsca na strach. Jesteś dobry – idziesz do nieba, zły – czeka cię piekło, proste. Tu masz instrukcje, przestrzegaj ich, a wszystko będzie ok.

Nie ma we mnie już tamtej słodkiej naiwności, dawnych poglądów, ale pewien sentyment pozostał.
Dziś uważam siebie za agnostyczkę. W tak zwanym „międzyczasie” przechodziłam okres buntu, który uzewnętrzniałam sarkastycznym podejściem do księży oraz sabotując (mimowolnie) lekcje religii. Okazji ku temu miałam bardzo wiele…

Kolęda
Któregoś roku nie prowadziłam zeszytu od religii – formalnie go posiadałam, ale w środku był pusty i na dodatek miał czarną okładkę z białymi czaszkami. Wiadomo…coś trzeba księdzu pokazać (zamknięcie drzwi przed duchownym było dla mojej familii nie do pomyślenia), więc pobiegłam do koleżanki Mileny, która pożyczyła mi swój. Problem polegał na tym, że był to zeszyt…z podstawówki, a ja zaczynałam gimnazjum. Podstawówka jak to podstawówka: wklejone kolorowanki z krzywo wyciętym Jezusem, duża ilość serduszek, chybotliwe niewprawne pismo. Pomyślałam mimo wszystko: „Nada się!” i poświęciłam pół dnia na zmianie dat i okładki. Ksiądz nie zwietrzył podstępu – dostałam obrazek, pokropiono mi głowę, a na dodatek usłyszałam, że jestem bardzo mądrą dziewczynką.

Za dzieciaka miałam psa i wielkiego grubego szczura o imieniu Kurt (nie, nie z powodu wokalisty Nirvany). Mama przed kolędą kazała mi zamknąć moje pupilki w kuchni, by nie przeszkadzały w trakcie wizyty. Stety, kiedy ksiądz przyszedł, pies sam sobie otworzył drzwi. Duchowny zachował jednak zimną krew (choć mój sierściuch miał ADHD i tendencje do gryzienia wszystkiego, co popadnie) i zaczął go głaskać, rzucając komentarze w stylu: „ale fajny psiak” i „proszę nie wypędzać – to jak członek rodziny”. Rodzicielka musiała nagle pilnie wyjść za potrzebą, więc na chwilę zostałam sama z księdzem. Właśnie wtedy narodził się w mojej głowie iście szatański plan.
- Proszę księdza – powiedziałam słodkim głosikiem – a ja mam jeszcze jednego zwierzaka. Chce ksiądz zobaczyć?
- No pewnie, pokaż – odpowiedział z uśmiechem.
Pobiegam wtedy do kuchni, wzięłam Kurta oburącz i zaniosłam na miejsce kolędy. Warto tu wspomnieć, że szczur był naprawdę potężny. Na starość (miał prawie trzy lata) strasznie się roztył i wielkością dorównywał małej śwince morskiej. Nie pomagało mu również to, że często puszczałam go luzem po mieszkaniu. Wchodził wtedy do miski psa i wyjadał mu karmę. Kiedy ksiądz go zobaczył uśmiech powoli spełzł mu z twarzy.
- Ale wielkie bydlę…- rzekł po chwili.
Matka wróciła. Schowałam szczura do rękawa bluzeczki i jak gdyby nigdy nic modliłam się skromnie. Tylko ksiądz widział jak ciało zwierzaka wykonuje manewry pod moim ubraniem i od czasu, do czasu, gdzieś wystawia ogon. To była naprawdę krótka kolęda.

Lekcje religii

W gimnazjum uczyła mnie siostra zakonna – Faustyna. Niezbyt się lubiłyśmy i często musiałam zostawać po lekcjach, by wysłuchiwać kazań o tym, dlaczego aborcja jest zła, czemu eutanazja jest otwartą drogą do piekła. Powodem takiej reprymendy było moje liberalne podejście do tych tematów. Rekordem była dyskusja, która trwała prawie dwie godziny (po zajęciach, oczywiście).
Pewnego dnia, siostra przyszła do sali z maślanką naturalną. Powiedziałam nam, że postanowiła pościć przez tydzień (święto jakieś, czy coś w tym stylu) i zachęcała nas do tego samego. „Drogie dziewczynki – kompletnie was nie rozumiem. Dla diety jesteście w stanie nie jeść o wiele dłużej, A DLA JEZUSA, dla intencji – nie?”. Chyba pierwszy raz postanowiłam zamilknąć i tylko modliłam się w duchu, by tydzień jak najszybciej zleciał, bo brak cukru bardzo źle odbija się na nastroju naszej nauczycielki.

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Wiosna za oknami, czyli o szal…miłości słów kilka

Nie należę do ludzi, o których można powiedzieć, że są towarzyscy. Z drugiej jednak strony, nie wyobrażam sobie życia bez innych. Jestem typem obserwatora. W miarę możliwości nie angażuję się, a jednocześnie… prowadzę własną, prywatną narrację. Wyciągam wnioski, komentuję, próbuję zrozumieć. Z braku lepszego określenia nazwijmy to hobby.
Do moich ulubionych obiektów obserwacji należą osoby, pomiędzy którymi zaczyna rodzić się uczucie.
Prawdziwa miłość ma to do siebie, że daje specyficzne światło. On i ona, ona i ona, on i on. Konfiguracje dowolne, choroba ta sama.
Do subtelności, które zauważam najpierw należy zmiana tonu głosu u osób zakochanych.
Zupełnie jakby ktoś zmienił stację w radiu.
Ewentualnie jakby walnął mnie młotem.
Pneumatycznym. W sam środek czaszki.
Panie z niskimi głosami przy opowieściach o ukochanym/ukochanej pogłębiają go. W pewnym momencie nie wiesz już, czy to nadal żywa osoba, czy echosonda właśnie powróciła z dna – dźwięk jest tak niesamowity i odległy, że masz wrażenie jakbyś słuchał kazania w kościele, na tej jedynej mszy, na którą cię zaciągnęli od czasów bierzmowania. Rozpościerają się przed tobą mroczne fale miłości, podczas gdy ty próbujesz wyłowić z niej fragment ludzkiego ciała, które było kiedyś twoim ziomkiem. Wysokie głosy – odwrotnie – próbują oscylować w swoich najwyższych skalach. Mercyful Fate zostaje zgaszony jak pet, twój mózg zaczyna przypominać zużytą poduszeczkę na szpilki.
Składnia u świeżo zakochanych lub ukrywających się, gdy niespodziewanie trzeba coś powiedzieć o „nim” lub o „niej” skacze na główkę z mostu, ale dla niepoznaki wkłada rękawki do pływania. W tym cały jej urok. Intrygująco jest patrzeć na osobę, którą miałaś za bardzo pewną siebie jak z trudem składa zdania, jak bardzo waży słowa. Dosłownie przed oczami staje ci szkoła ateńska, a przyjaciel (niezależnie od płci) zapuszcza długą, siwą brodę. Filozoficzne i pełne namysłu „aaa” i „yyy” zaczynają brzmieć jak całkiem zgrabna melodia.
Przywiązanie do imienia, wypowiadanie go jakby mówiło się ostatnie słowa przed plutonem egzekucyjnym, nie budzi zastrzeżeń.
Rozpaczliwe zerkanie, bo może ona/on użyła/użył teleportacji i jakimś cudem znajduję w tym samym pomieszczeniu/ tramwaju/ ulicy. W końcu sama wpadasz w paranoje, wślizgujesz się w otchłań szaleństwa i dostrzegasz wszędzie tą/tego ważną/ważnego, chociaż przecież ciężko w Polsce (na przykład) o czarnoskórego z zezem rozbieżnym.
Ogólnie osoba ukochana (przynajmniej początkowo) nie je, nie pierdzi, nie korzysta z ubikacji. Ma same superlatywy, jest idealna pod każdym względem, wywołuje kompleksy, porusza się kilka centymetrów nad ziemią, a tak w ogóle to trzeba dzwonić po ludzi z Discovery, by przyjeżdżali ze sprzętem i zaczęli kręcić film o nowym cudzie na ziemi.
To wszystko jest oczywiste.
Tak bardzo, że aż głupio…

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj